|
odwrócona strona
Siedem strachów
spogląda ze wzrokiem skierowanym w dal. Z miną nijaką i z zamiarem
radykalnym malującym skrzywienie na twarzach wypatrują
nadchodzącego jutra. Ściskają w zniszczonych dłoniach łuk z
przeznaczoną jedną strzałą. Starzec trzymający jabłko zapowiada
zniszczenie. Widzę to we śnie, budzę się a on kładzie je na
środku pustego pokoju w którym otwarte okno jest pierwszym
źródłem informacji o niebie. Zrywam się z łóżka
nie mając w głowie żadnej myśli, otwieram drzwi i okazuje się że
jestem na środku równiny. Nie widzę nic oprócz chmur
i zielonych traw które im dalej ode mnie oddalone tym stają
się zieleńsze. I wydaje mi się ze w miejscu w którym stoję
trawa wcale nie jest zielona. Jest żółta. Ocean bezkresu zalewa nieskończona przestrzeń. Dryfują na nim pustka, strach i zagubienie. To przez świadomość. Świadomość braku przystani, suchego lądu, portu do którego można przycumować swoją łódź. Wysiąść na brzegu, zapalić papierosa i nazwać ten kawałek ziemi swoim domem. Oswoić to bezpieczne miejsce które nigdy nie zdradzi. Jestem skazany na wieczną tułaczkę, na poszukiwanie suchego lądu. Na patrzenie w gwiazdy i zadawanie im pytań o swoje szczęście codziennie gnane. Pewnego razu ono uśmiechnęło się do mnie. Pomachało ręką a ja przyjmując z aprobatą ten pogodny znak uniosłem z nadzieją wzrok. Lecz okazuje się że to wcale nie było tak. Patrzyłem a ono uciekło. Odwróciło się ode mnie jak człowiek który wybiera inną drogę. Nie przestaniesz? Dobrze, nie przestawaj. Idź przeleć się balonem który sam sobie nadmuchałeś w weekend w czasie wolnym od roboty. A jak polecisz za wysoko w dzień pochmurny to jedna jaskółka która wiosny nie czyni zrobi malutką dziurkę, wytworzy się ciśnienie, coś czego do końca nie rozumiesz bo się na tym nie znasz chłopie (zepsutego kranu też nie ruszaj nawet) wszystko się zbuntuje, zakręci, balon się naburmuszy, zbuzuje i polecisz daleko nie wiadomo gdzie, za las jeden i drugi. Za zapałkowy las wystrugany z innych lasów. Wyciągasz rękę aby sprawdzić jak to jest ugłaskać go sobie jak kota lub wiewiórkę. Ściskasz swoją dłoń a następnie walisz łapą z premedytacją. Jeszcze krok a zagłaszczesz go sobie na zawsze. Kasujesz bilet. Żółte pudełeczko wielkości tarki do surówki z marchewki i jabłka robi „tszzt” zamyka jedno oko i pokazuje język. A ty, ty za ten język łapiesz jak przechodzień który nie spodobał się w bramie miejscowym sportowcom. Ono mruga po raz tysięczny a po raz setny może dziś i nie rożni się to wiele od czynności które wykonują ludzie aby poprawić swój finansowy byt. Na tym polega jego sens istnienia jak sens istnienia gołębia. Siedzą takie niczyje na parapecie. Stara dewotka, dziwaczka karmi je rozsypując na chodniku ziarno nabyte. Srają. I tak w kółko. Ich szczęściem jest powtarzalność. Rozebrali by się głodni do rosołu z gołębia gdybym go przyrządził. A w ich piórach młodociane plemię miejscowych Siuksów goniłoby kota bladoskórym Jankesom. Wigwan – kiosk ruchu bądź kolportera. Preria – deptak. Wielki kanion kolorado – sklep spożywczo-przemysłowy Carefour. Twarze struktury społecznej to Felek i Albert. Felek jest wodzem. Mieszka pod siedemnastką z dziadkiem Zdzisławem co ma rentę inwalidzką i Krzyż Odrodzenia Polski. Jest zapalonym szachistą-amatorem. Dawniej jego sparing-partnerem był dziadek Alberta, ale to było kiedyś. Po śmierci babki postanowił grać jedynie z samym sobą. Albert jest szamanem i prawą ręką wodza. Lewą niefortunnie stracił podczas napadu na stoisko mięsne w monopolowym. Ojciec – alkoholik, matka siedzi na kasie w biedronce. Nie dosłownie oczywiście bo ani nie zarządza finansami spółki Biedrona S.A. Ani też nie traktuje kasy fiskalnej jako przedmiot służący do siedzenia. Z pewnością długo miejsca by w ten sposób nie zagrzała. Patrzę, że mlecze rosną. A no rosną i to całym batalionem zwielokrotnionym o liczbę par migdalących się wiosną na ławkach w parku. Nie ma się czemu dziwić. Ani mleczom ani tym bardziej parom. Może nawet te mlecze bardziej zastanawiają. Dlaczego one a nie róże masowo porastają wszystkie te miejsca gdzie nikt na nie nie patrzy. A one tak egzystują by przeminąć wiosnę i aby kiedyś znów na nowo zakwitnąć. Pryszczata kwiaciarka na nielegalu trudni się handlem Konwalią Pospolitą. Jej godziny na kawałku chodnikowej kostki są już policzone ale gdyby tak tymi mleczami zaczęłaby handlować to interes wyglądałby inaczej. Może i bezpieczeństwo mniejsze, może towar łatwiej dostępny ale popyt hipotetycznie niewspółmiernie mniejszy a i z pewnością można się na śmieszność narazić ze strony potencjalnego odbiorcy. Każden jeden by się pukał w głowę wskazując że ją ma na karku w przeciwieństwie do kwiaciarki-mleczarki co mleczem handluje i patrzyłby z politowaniem. Może i ja, jakbym mijał taką na starym mieście widząc ją wezbrałbym w sobie potok łez nad losem jej swoim i świata. A myśl o tym pogrąża jeszcze bardziej. Jestem w wielkim czerwonym sześcianie a sześcian ten jest wewnątrz biały a biel każdej ściany to inna biel. Lecę nim przez wszechświat mijając rozmaite figury a w każdej z nich uwięziony jest inny człowiek. Jestem w pokoju bez okien. Siedzę na krześle tak jak miliony innych istnień. Ktoś jest parę metrów obok wewnątrz białego pomieszczenia. Ktoś inny na drugim końcu świata patrzy na jednolitą ścianę zamknięty między podłogą a sufitem a nad tym sufitem jest jeszcze inny ktoś.
d 2008-05-07 17:26:28skomentuj (4) 2008 maj luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec kwiecień marzec styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik sierpień czerwiec maj marzec luty 2004 grudzień listopad październik |